niedziela, 3 lutego 2008

Anyone for tennis?


Twice upon a time in the valley of the tears
The auctioneer is bidding for a box of fading years
And the elephants are dancing on the graves of squealing mice.
Anyone for tennis, wouldn't that be nice?



And the ice creams are all melting on the streets of bloody beer
While the beggars stain the pavements with flourescent Christmas cheer
And the Bentley driving guru is putting up his price.
Anyone for tennis, wouldn't that be nice?


And the prophets in the boutiques give out messages of hope
With jingle bells and fairy tales and blind colliding scopes
And you can tell they're all the same underneath the pretty lies.
Anyone for tennis, wouldn't that be nice?


The yellow Buddhist monk is burning brightly at the zoo
You can bring a bowl of rice and then a glass of water too
And fate is setting up the chessboard while death rolls out the dice.
Anyone for tennis, wouldn't that be nice?

Anyone for tennis, wouldn't that be nice?

...wouldn't that be nice?


I oryginał Tennisa.

poniedziałek, 28 stycznia 2008

Z pamietnika wykształconego człowieka treść prosta: Bo dyplomacja ma dwie twarze a robotnicy fizyczni jedną i na twarzy krosta.

Paląc trzeciego już papierosa zastanawialem się nad istotą świata.
Kiedy dogaszając czwartego, zrozumiałem już wszystko, i nie istniała już dla mnie żadna zagadka, zdrzemnąłem się chwilę by pomóc systemowi trawiennemu przerobić szósty kieliszek Cherry.
Obudził mnie dzwonek telefonu.
Objęcia fotela bujanego były mocniejsze od moich leciwych i chudych ramion człowieka wykształconego, dlatego leżałem tak długo aż podeszła do mnie pokojówka i sprawdziła mi z uśmiechem puls.
Też bym się uśmiechał gdybym żywił nadzieje na spadek po starym zboczeńcu i alkoholiku.
Jednak zepsułem jej humor i poruszyłem głową.
- Zechce Pan odebrać telefon?
- Nie - odpowiedziałem - to pewnie pomyłka. Nikt do mnie nie dzwoni o tej porze.
- Podać Whisky? Może Gin?
- Oba. Wymieszaj to i dolej świeżego soku pomarańczowego. Tylko dużo!
Rozprostowałem kości sięgnąłem po świeże cygaro bo zamierzałem dokończyć poprawianie Księcia - książki z tyloma błędami że nie można koło niej przejść bez kąśliwej uwagi.
Gdy nanosiłem poprawki na część dotyczącą rozważań nad demokracją, telefon znowu zadzwonił.
Odłożyłem limitowaną edycję Księcia z 1912 roku i odebrałem telefon.
- Pan Srulko?
- Tak. Słucham...
- Dzwonię do Pana w bardzo ważnej sprawie.
- Nie ma nic ważniejszego od 'dwójek kanadyjskich' i serów pleśniowych - odparłem.
- Sprawa jest naprawdę poważna. Pański przyjaciel Profesor tybdO, powiedział że jest Pan jedyną osobą, która może nam pomóc.
- Nam? - zapytałem.
- Tak nam.
- Mój drogi Panie! Mam już dosyć tych zagadek i tajemniczych niedomówień. To że mój wieloletni kolega Profesor tybdO dał Panu mój numer nie oznacza że może Pan...
- Mamy problem i potrzebujemy najlepszego negocjatora. Tu chodzi o alkochol, Panie Srulko.
Alkochol zawsze działał na mnie jak prąd sześciowoltowej baterii na jądra mojego szczurka Henrego, którego dostałem na czwarte urodziny od mego Papy, a pogrzebałem rok później ze zwęglonym nasieniowodem.
- Alkochol? Co sie stało?
- Wszystko zaczęło się dwa tygodnie temu...z resztą, może przyjechał bym do pana i przedstawił Panu całą sytuację?
- Dawaj Pan!!!
Przyjechał godzine później.
Margeritta, moja służąca, nalała mojemu gościowi Cherry a ten zaczął opowiadać...
Trzy tygodnie temu rząd Nikaraguański postanowił przetwarzać swoich murzyńskich niewolników na 'mudzinomelepete' - nową substancję z której można wytwarzać alkochol w ogromnych ilościach.
Pracę nad 'mudzinomelepetą' rozpoczęły się w sumie koło 6000 lat temu. Tak przynajmniej głosi legenda. Wtedy to na skraju sawanny spotkało się dwoje ludzi.
Jeden o imieniu Mudzin siedział w krzakach i zajadał swego kuzyna, którego imienia nikt nie pamięta.
Drugi, o imieniu Melepet, leżał nieopodal Mudzina, w krzakach, lekko pijany, z brzuchem przepełnionym bananami i zgniłymi figami.
Mudzin zajadał mięso kuzyna i marzyło mu się wino.
Melepet pił wywar ze zgniłych bananów i fig, i marzyło mu się pieczone murzyńskie udo.

Dogadali się i jeden i drugi był szczęśliwy.
Mudzin obgryzał żeberka a Melepet faszerował sie zgniłymi owocami.
Spotykali się tak często i zabawiali na zasadzie wymiany, ale pewnego dnia doszli do wniosku że owoce się kończą, i trzeba ich zjeść kilka kilogramów by się w murzyńskiej głowie zakręciło.
Szukali wyjścia z sytuacji i tak doszli do wniosku że owoce się kończą a ich bracia nie.
Tak właśnie rozpoczęly się próby nad stworzeniem alkoholu z człowieka.
Jedni pili i smażyli a drudzy eksperymentowali.
6000 lat póżniej, 20000000 Nikaraguajczyków później, udało się.
Mambo and Dumbo Inc. - rodzima firma z czarnego lądu, opracowała proces przetwarzania ludzkiego ciała na alkochol.
Prezydent Nikaragui, Koko Farmazon postanowił zarobić na patencie i rozpoczął plany podbicia świata Nikaraguańską Mudzinomelepetą.
Posłał odpowiednie noty do Nikaraguańskich jednostek dyplomatycznych, ambasad, i konsulatów, aby sprawdziły one, które państwo powinno być zaatakowane jako pierwsze Mudzinomelepetą,
jednak otrzymał tylko dwie odpowiedzi. Jedną z Francuskiego Konsulatu w Norwegii z informacją iż Nikaragua nie posiada konsulatu ani ambasady, ale ambasador Luc Lillipute z przyjemnością zakupi tonę bananów, oraz drugą wysłaną z kafejki internetowej przy McDonaldzie w Sztokcholmie, zaadresowaną przez Kurana Sandała o treści:
Kua daba, kananana. Jeść jest dużo i spać nie na ziemi a w pokój. Sprzątam kupy po miejscowych ale miło jest.
Za butelke wódki żone od mafii bułgarskiej odkupiłem więc szczęśliwy jestem. Nie wracam do dom bo nie jestem pierdolnięty.
Kończe pisanie bo jestem zjebany jak koń po westernie.

Prezydent po przeczytaniu tej wiadomości podjął decyzje: Mudzinomelepeta podbije najpierw państwo Sztokcholm.
Potem potoczyło się wszystko jak lawina.
Rząd szwedzki zgodził się na przyjęcie kilku tysięcy Nikaraguańskich uchodźców i być może na pomoc w budowie Fabryki Mudzinomelepety na terenie Szwecji, w ramach pomocy trzeciemu światu.
Upadek szwedzkiej prochibicji, dominacja czarnoskórejwódki w Europie, obniżka cen szamponów i fobia na punkcie latających wiewiórek.... to były wystarczające powody by zająć się tą sprawą.
Margeritta spakowała moje ubrania, przygotowała skrzynkę najlepszej polskiej wódki i włożyła do walizki tajną broń - Potop.
Do Goteborga, miałem się udać wraz z drugim dyplomatą - Josifem Paplatym - znawcą tematyki skandynawskiej oraz alkoholowej.

Otrzymaliśmy wszelką pomoc.
O 8:00 rano, 21 stycznia pojawiłem się pod ogromnym budynkiem agencji, której nazwy nie wymienie, i zamieniłem dwa słowa z człowiekiem o oddechu martwego kota.
Uzgodniliśmy szczegóły wyjazdu i obejrzeliśmy samochód którym miałem się udać do skandynawii.



Nowoczesne, bezpieczne i superluksusowe auto spodobało mi się od razu.
Gdy zasiadłem na ciemno brązowej skórzanej tapicerce mojego nowego samochodu, zamieniłem po raz drugi dopiero, kilka słów z moim nowym towarzyszem.
Josif powiedział mi że zna się na tego typu konfliktach i z polityką międzynarodową jest za pan brat.
Z resztą jak mógłbym to podważać skoro legitymował się dyplomem ukończenia Szkoły Zawodowej na Żoliborzu, w Warszawie.
Przekręciłem kluczyk w stacyjce i ruszyliśmy w stronę granicy. Tak przynajmniej myślałem.
Mój towarzysz niestety miał ze sobą tylko spodnie na zmianę, mydło, dwie pomarańcze, 8 piw i litra wódki, co mogło nie wystarczyć na tego typu misję.
Rzecz jasna spodziewaliśmy się że wszystko będziemy mieli zagwarantowane na miejscu, więc po co się denerwować, ale Josif nosił tylko ubrania z wybranego sklepu i nie chciał ryzykować.
Pojechaliśmy zatem na Tobruk.
W butiku 'U Wacka' Josif zakupił co trzeba a ja się zastanawiałem jakim cudem mam zdążyć na przeprawę promową w Sassnitz skoro już mam spóźnienie.
Po trzydziestu minutach Josif powrócił z butiku i ruszyliśmy w stronę Niemiec już drugi raz.
Wtedy to rozmawiałem trzeci raz z Josifem.
Zapytał uprzejmie czy nie przeszkadzało by mi gdyby wypił sobie jedno piwo w samochodzie, a ja rzecz jasna, nie odmówiłem bo wiem że w dyplomacji czasami trzeba sobie coś strzelić by umysł lepiej analizował.
Gdy mijaliśmy Kołbaskowo, a ja kalkulowałem na ilę muszę łamać przepisy ruchu drogowego by zdążyć, Josif pił drugie piwo.

W połowie drogi do promu wiedziałem już kilka rzeczy więcej, jak przed wyjazdem, więc nazwałem ten odcinek Trasą Oświecenia.
Wiedziałem między innymi:
- Że nie zdążę na prom
- Że Josif pije już czwarte piwo
- Że hudrauliką to zajmują się tylko wybrani, w tym Josif
- Po za tym poznałem okolo 50 anegdot z poprzednich prac Josifa, historię jego dzieciństwa, jego dzieci, jego żony i dowiedziałem się że jest najlepszy na świecie. We wszystkim.

Kraniec mej podróży po Niemczech, na wyspie Rugii, był dla mnie wyzwaniem pod kilkoma względami.
Objęła mnie nostalgia bo czwarta część mojej rodziny pochodziła z tej wyspy i nigdy tak naprawdę nie dowiedziałem się skąd dokładnie.
Podziwiałem zza okna piekne górki, pola, cudowne lasy i wyobrażałem sobie że gdzieś tu chodził po lesie moj dziad z rodziną.
Po drugie ze 140 zmniejszyłem prędkośc do 60 km\h bo autostrada zamieniła się w drogę wewnętrzną Rugii i wlekłem się jak diabli.
Po trzecie, co wiąże się z 'po drugie' , zostało mi około 20 minut do odpłynięcia promu a przede mną szmat drogi.
Po czwarte nie mogłem wyłączyć pijanej radiostacji Josif FM.

Kiedy momentalnie zniknęły lasy, pojawił się port, zobaczyłem prom, zegarek wskazywał 'za pięć odjazd' adrenalina podskoczyła.
Może zdążymy?!
'Może zdążymy.... - wybełkotał Josif''
Jeden zakręt, drugi, trzeci i celnicy.
Szczwany plan pokrzyżowali nam celnicy.
Rozpoczęło się tradycyjne trzepanie auta w poszukiwaniu spirytusu i papierosów, zakończone niepowodzeniem Zollów, i okazało się że prom, czeka już tylko na nas.
Strasznie mili Ci panowie z Zoll byli, mimo tego że uśmiechając się do nas, trzymali ręce na kaburach ich Glocków 45'.

Nie chciało mi się wierzyć że zdążyliśmy na tip top i minuta dłużej a nie udało by się dojechać.
Postawiłem mój samochód w doku Buissnes Class, wśród pociągów, wagonów z węglem i paletami z nierdzewną stalą i poszedłem na pokład.



Stanąłem na pokładzie wyciągnęłem papierośnicę i zapaliłem.
Wiatr o sile huraganu nie pozwalał mi na delektowanie się tytoniem, ale tutaj przynajmniej, nie słyszałem Josifa i mogłem oglądać Rugię z morza.





Oraz cudowny północny bałtyk łączący się z Oceanem, zachęcający surferów, spragnionych słonecznych kąpieli turystów, poprzez niezmienną śródziemnomorską pogodę.


Na promie dowiedziałem się o kilku cudach jakie stworzył Josif, o pracy kaletnika, o pucharach jego i jego syna, o skurwysynach z Pragi, o piwe, o zapewnieniach że nie jest alkocholikiem i o istocie wentylacji.
Przytakiwałem, rzecz jasna z uprzemości, a gdy poszedł marmurowymi schodami do toalety, przykryłem się kurtką i udawałem że śpię.
To niestety nie zniechęciło Josifa.
Gadał dalej a gdy minęła godzina od wyjścia w morze obudził mnie słowami 'nononono' i obwieścił że sklep wolnocłowy otwarto.
Zgodnie z moimi przewidywaniami Josif nie szukał perfum ani czekoladek w kształcie piramidy egipskiej tylko alkohol.
Namówił mnie na zakup 24 puszek piwa Spendrups i to była pierwsza, i chyba ostatnia dobra rada Josifa.

Zakupiliśmy w sumie 48 puszek piwa (0,33 zaznaczę) i usiedliśmy by Josif mógł przy piwie dokończyć swą opowieść z 1000 i jednego piwa.
Gdy prom przybił do Trelleborga z mojego kolegi było już niezłe warzywo.
Już nie słuchałem ale jechałem i jechałem, zastanawiając się co mnie czeka na miejscu.

Nie obeszlo się bez pomyłek.
W Malmo koligen po 9 piwach był pewien że należy jechać w lewo, ja sądziłem że w prawo, on tu był 4 razy a ja ani razu, on był pewny a ja nie do końca, i pojechaliśmy jak chciał.
Czyli źle.
Potem nastąpiła zawrotka i usiłowałem przez pół godziny wytłumaczyć Josifowi że droga może prowadzić w dwie strony. Najczęściej w przeciwne sobie.
Nie mógł tego zrozumieć więc zasnął i spał przez resztę drogi gdy ja walczyłem z deszczem, wiatrem i szwedzką autostradą.
Gdy przyjechaliśmy na miejsce dostaliśmy klucze od naszego domu na osiedlu dyplomatów oraz mapkę osiedla.

Niestety nie byla to mapa naszego osiedla.
Po dokładniejszym sprawdzeniu lokalizacji powrociliśmy do recepcji i otrzymaliśmy drugą, dobrą mapke.


Jeden z tych kwadratowych punktów wyglądających jak rzut z góry obozu w Oświęcimiu, należał do nas.
Dokładnie ten...

Była cudowna.
Dębowe drzwi wyższe od topoli przy Szkole podstawowej nr. 70 w Szczecinie, mosiężne okucia...


...ogromny ganek z bujanymi fotelami...


w środku wielki przedpokój z żyrandolem z stylu Henryka VII, kuchnia z kominkiem i klasycznym piecem do pieczenia chleba..


....trzy łazienki....



i cztery sypialnie z widokiem na morze.
Rozpakowaliśmy się, wypiliśmy piwo, i zjedliśmy trochę przygotowanej specjalnie dla nas, w pobliskiej restauracji dziczyzny po szwedzku...


Po zjedzeniu posiłku zaczeliśmy szukać po wszystkich komnatach naszego pałacu wejścia do basenu i...nie znależliśmy go.
Tego było juz za wiele. Bez basenu?
Dlatego następnego ranka złożyliśmy oficjalny protest i zamieniono nam dom na większy. Z basenem.



Pierwszego dnia poznaliśmy problem Mudzinomelepety.
Myślałem długo nad tą całą sytuacją, szukałem rozwiązania w Potopie Sienkiewicza, Josif w sześciu piwach i nic nie wymyśleliśmy.
I nastąpił przełom, a nawet bym powiedział zwrot.

Otrzymałem informację iż jest w pewnym miejscu, przy kubku kawy i ziół z najdalszych krańców Szwecji, przesiaduje pewien mędrzec, wyrocznia, mistrz czarnej i bialej magii - Wielki Magnus Żółty Palec Wskazujący.
Nie pozostało mi nic innego jak tylko się do niego udać.
Gdy przybyłem na miejsce on już na mnie czekał.


Podszedłem do tego znakomitego mysliciela i powiedziałem:
Wielki Mistrzu i Myślicielu, znany na wszystkich kontynentach i na wszystkich oceanach, wyrocznio i biblioteko ludzkości, mam problem.
Przedstawiłem mu wtedy problem i całą mą historię, zaczynając od tego feralnego telefonu przy kieliszku Cherry.
Wtedy mistrz zaczął myśleć.
Zapadł w trans, skupił się mocno...


..jeszcze mocniej...


..i jeszcze mocniej...


Kiedy zapadł w trans wyjąłem kamere i zacząłem go nagrywać.
Gdy neurony w jego glowie poruszały się z prędkością szesnastu węzłów, w pomieszczeniu dało się wyczuć napiecie.
Ostrzegano mnie, że gdy myśli, przedmioty w jego obecności zaczynają lewitować, poruszać się, tłuc.... Ja miałem to szczęście że na wlasne oczy zobaczyłem siłę jego myśli i wzroku.
I Wam to pokażę:
Tutaj
Po chwili znów zaczął myśleć aż wstał i chwiejnym krokiem poszedł po jeszcze jedną kawę.
I tutaj
Gdy wrócił, poweidział mi tak:
Słuchaj, ja nie wiem czegoś Ty sie naćpał, ale ja mam cholernego kaca, próbuje wypić kawę powstrzymując sie od wymiotów, nie jestem jakimś magiem tylko zajebanym cieciem na tym kampingu, z żółtym od skręcania papierosów palcem, ktorego wczoraj rosjanie poczęstowali wódką za wymianę kratki odpływowej. Nie jesteś dyplomatą tylko debilem bez dobrej pracy i nie zajmujesz się sprawami miedzynarodowymi ale robotą na budowie.
Nie mieszkasz w willi czy pałacu ale na campingu z domami dla cudzoziemców których na chate nie stać.
Nie ma Mudzinomelepety bo gdyby można było robić wódkę z człowieka to już dawno by ją odkryto i teraz pił bym drinka z rumuna.
Daj mi spokój, weź się kurwa w garść i spierdalaj bo zaraz sie zrzygam.

Tak zrobiłem.

Wyrocznia mnie oświeciła i wiem już że zapierdalam po 11 godzin dziennie a jedyną radością po pracy jest puszka niskoalkocholowego piwa, po którym zasypiam jak dziecko.
Więc moi kochani, jeśli wydaje Wam się że jesteście wybrańcami losu, jesteście najlepsi a cały świat się wokół Was kręci, to idźcie do wyroczni a ona Was oświeci.

Czarny Parasol na chwilowej emigracji.


Wszystkie osoby występujące w tej mrocznej opowieści są prawdziwe.

niedziela, 20 stycznia 2008

Pożegnalny post o aparatach fotograficznych

Aparat fotograficzny ewoluował przez lata.

Aparaty fotograficzne były różne różniste, i zmieniały swój wygląd od kiedy powstał drugi na świecie aparat fotograficzny, bo był inny od tego pierwszego.

Niczym nowym nie będzie, jeśli powiem że rozwój aparatów fotograficznych skupił się na dwóch cechach tego cacka.

Na jakości wykonywanych zdjęć oraz miniaturyzacji.

Na początku aparaty były wielkie i siedzieli zwykle za nimi fetyszyści ze szmatą na głowie a teraz mamy małe cacka, chowane w telefonach i montowane na ekranach naszych komputerów.

Tak jak główne zastosowanie aparatów się nie zmieniło, bo pocóż robić aparat który nie robi zdjęć, tak zmieniły się cele tychże zdjęć.

Zdjęcia do reklam, już mniej znane zdjęcia rodzinne, fotoreporterskie, amatorskie, szpiegowskie, policyjne, lekarskie, rentgenowskie, pornograficzne, naukowe, edukacyjne… hohoho ale tego jest.

Ja lubię różne, choć do artystycznych ciężko mnie przekonać, a czyjeś rodzinne są nudne.

Tak bardzo, bardzo lubię jednak zdjęcia normalne, które po 10 latach od ich zrobienia potrafią nam pokazać co się zmieniło.

To jest dołujące – przyznaje – bo podczas oglądania takich zdjęć, fakt upływu czasu od razu daje o sobie we znaki, ale i tak to lubię.

Dlatego właśnie ja, jako miłośnik takich zwykłych właśnie zdjęć , robię takie właśnie zwykłe zdjęcia. Robie ‘codziertarze’ (słowotwórstwo na niskim poziomie powstałe w celu połączenia słów: reportaż oraz codziennie).

To, że takie właśnie zdjęcia są potrzebne, zorientowałem się w okolicach 3 klasy ogólniaka, kiedy to chcąc sprawdzić jak wyglądała ma szkoła 10, 20, 30, 40 lat wcześniej nie zobaczyłem nic, prócz pamiątkowego zdjęcia u dyrektora Wekhferta , na ścianie w jego gabinecie. Nomen omen wizyta nie była zaplanowana co dodawało uroku oglądaniu zdjęcia młodego Wekhwerta i kumpli mojego ojca w dzwonach z bristolu.

No, ale po za tym zdjęciem to ni chuja.

Pojawiła się oczywiście sedina.pl , świątynia wiedzy o Szczecinie ale mimo tego wciąż narzekałem na brak fotografii.

Postanowiłem sam wszystko dokumentować i pracować tak, by kiedy mój prapraprawnuk przyjdzie kiedyś do mojego pokoju na poddaszu w dużej, secesyjnej willi, z ogrodem i klasycznymi błyszczącymi barierkami przy schodach, i piwnicą z zabytkami rodzinnymi oraz najlepszymi trunkami szczecińskiego Polmosu, widokiem na moje kochane miasto i ogromną biblioteką, ja stary McTulko będę przygotowany.

Kiedy zapyta się mnie, praprapradziadku, a jak wyglądało Niebuszewo jak Ty byłeś młody i piękny i jeszcze miałeś nogę i własne płuco? Ja odpowiem gestem ręki wskazując jeden z tysiąca albumów.

Napierdalam zdjęcia jak pojebany – tak mówi Ozga.

A dobrze, dobrze. Przyda się – mówi np. Spojler.

Jest jeszcze wiele ,wiele innych reakcji ale jak widać, są podzielone.

Jakbym np. nie robił zdjęć tzw ‘kurnika’ , miejsca na którym teraz stoją nowe bloki na Czcibora/Przyjaciół Żołnierza, to za kilka lat zastanawiał bym się jak to było, a teraz?

Wystarczy że wyciągam zdjęcia z archiwum.

Jak na razie jestem od roku i kilku dni , wierny mojemu Samsungowi NV3, za którego przepłaciłem, i nie mam zamiaru go zmienić.

Na przełomie 2007 i 2008 roku też był ze mną i widział już wiele rzeczy.
Rzeczy na pozór nieważnych jednak cholernie istotnych, chociażby z powodu ‘by pamiętać’...

Przykład:
Bardzo proszę nie gadać że w tym roku wogóle nie było śniegu.

Był.

Pewno widok tego nieszczęsnego drzewa wkurza, bo jest kilka razy, ale tak wcalę nie powinno być.

To pozostałośc po Gut Zabelsdorf.

Ostatnie drzewo.

Kiedyś stało ono dumnie przy willi właściciela cegielni ale ją zburzono i bardzo płakałem.

Za kilka miesięcy zrobię takie samo zdjęcie i zobaczycie różnice. Będzie kontynuacja nitki obwodnicy.

A z resztą!

Sie zobaczy.

Wróćmy jednak do spaceru z aparatem, dzięki któremu naprzykład tworzę 'Bibliotekę napojów energetycznych'.

Kolejna pozycja... :

Hustler.

A podróbka Kelerisa?

Jak miło się zrobiło gdy ją zobaczyłem.

To był napój!

Mój pierwszy alkochol wypity z kolegami. Podstawówka. 7 klasa.
Tym którzy nie pili oryginalnego Kelera, powiem, że to nie była ani nalewka ani tanie wino.
Nie wiem co to było ale smakowało, w przeciwieństwie do dzisiejszych wynalazków, i smakowalo dobrze.

Ozga tu sie powinien wypowiedzieć.

A kra na lodzie, sfotografowana dla Złośliwej Z?

Skończe tu, bo wątek zgubiłem a zdjęć mam bardzo dużo.

Pozdrowienia dla Księdza Piotra, Biskupa Andrzeja i Hrabiego Witolda.

piątek, 18 stycznia 2008

PKP Galicja

PKP, które znalazło się w tytule jest trochę mylące, bo nie będzie tu o PKP a o poziomach.
Nie tak dawno, ktoś mi przedstawił, dość prostą koncepcję postrzegania społeczeństwa.
Trzy kreski wyrysowane butem na niebuszewskim żużlu miały mnie oświecić, a także przekonać kto, i komu się dobrze żyje i jak wyglądają poszukiwania drugiej, bliskiej osoby dla inteligenta i wrażliwego romantyka, oraz dla żula, tępaka, prymitywa -słowem społecznego ścierwa.
Ci poniżej mojego poziomu mają ponoć łatwiej w szukaniu sobie bliskich, ale tę teorię obaliłem.
Pozostała teoria szczęścia i prymitywizmu.
Człek prymitywny - debil - jest bardziej szczęśliwy.
Tu racja.
Myślałem o tym wsiadając do pociągu 'Galicja' do krakowa.
W okolicach Poznania do mojego pustego przedziału wtargnęło kilka osób w tym para, która jest przedmiotem moich rozważań.

Było ich dwoje, ona wielka jak wieloryb, o twarzy neandertalczyka skrzyżowanego z talerzem galarety agrestowej, włosach długich i tłustych jak węgorze w Trzebierzy i spojrzeniu mówiącym : zabij mnie bo i tak na nic się nie przydam.
On pawian w kurtce Startera i chyba pierwszą komórką.
Owa para była szczęśliwa.
Ona miała słonecznik i papierosy, on papierosy i telefon komórkowy.
Nagrałem ich kilka razy w odstępach kilku godzinnych bo już po pierwszej godzinie zauważyłem że nic się u nich nie zmienia.
Z resztą zapraszam na filmik numer JEDEN.
Ostre co?
Dla mnie nie. Bo to filmik był numer jeden a teraz zaraz będzie filmik numer dwa, czyli pojawia się maskotka i stoimy na jakiejś stacji.
Filmik numer DWA

czas na trzeci filmik.
Niby nic nowego, jednak zwróćcie uwagę na jeden szczegół : samiec, zauważa w nowej komórce że po jej drugiej stronie jest jakiś otwór. Filmik numer TRZY poprosze.
Minęło od tego trzeciego filmiku trochę czasu gdy nakręciłem czwarty, na co wskazuje brak słonecznika i ciemność za oknem.
W tym czasie, między trzecim a czwarty, samiec zaintrygowany otworem w komórce stara się odnaleźć jego zastosowanie.
To było by coś, bo zaznaczę że między drugim a trzecim odnalazł funkcję 'dzwonki midi' i raczył mnie oraz innych pasażerów non stop , nowymi techno dzwonkami midi.
No to czas na CZWARTY filmik.
Przełom!
Filmik jest dowodem na to, że rozwój nawet najbardziej tępych członków naszego społeczeństwa jest możliwy!
Patrzcie Państwo, samiec odkrywa aparat fotorgraficzny na początku filmiku.
Potem klikając bezmyślnie po klawiaturze natrafia na magiczny przycisk i zauważa że po jego naciśnięciu , jego palce świecą!
Obraca aparat i sprawdza na sobie działanie światła.
Ostatni kadr filmu jest najbardziej romantyczny....
Samica z niedowierzaniem pyta się samca, czy to robi zdjęcia a On, odpowiada że tak i pokazuje jej jego działanie robiąc zdjęcie lustru po mojej lewej stronie.

Prymitywy jak sam skurw... a jacy szczęśliwi!!??
Szukali mieszkania socjalnego...
Oby znaleźli, bo chciałbym utrzymywać ze swoich podatków właśnie takie małpy.
Szczęśliwe bo głupie małpy.

czwartek, 17 stycznia 2008

Jozin

W pigułce dla redaktora Ozgi i Spoilera co nad tekstem i ideą się zastanawiali.
Nie wiadomo, kto i gdzie odkopał "Jozina z bazin" i umieścił go w internecie. W ciągu kilku tygodni "Jozin" - pochodzący z 1978 r. utwór czeskiego pieśniarza i komika Ivana Mladika - okrzyknięty został najbardziej wkręcającą piosenką po pamiętnej fińskiej "piosence z porem".

Bohaterem piosenki jest pewien Czech, który przejeżdża Skodą 100 przez Morawę, gdzie grasuje Józek, potwór z bagien. Jego ulubiona dieta to krwiści prażanie. Trup ściele się gęsto, więc wójt pobliskiej wsi wpada na genialny pomysł: - Kto pokona Józka, temu oddam córkę i pół PGR-u! – zapowiada. Nasz bohater bierze sprawy w swoje ręce. Załatwia samolot z opryskami, wzbija się w przestworza, po czym spuszcza proszek na moczary. Józek jest załatwiony.

Dorwałem Józka, już go trzymam,
Dobra każda kasa, sprzedam go do ZOO...

Tu Jozin z polskim tekstem a tu dowód na to że nawet Ivan Mladek, twórca kabaretu co Jozina nagrał, może się stoczyć na dno, w tym przypadku disco czecho...

środa, 16 stycznia 2008

Ogłoszenie o pracę

Witamy Państwa.
Ja oraz mój kolega poszukujemy pracy.

Mamy wysokie kwalifikacje, bo znamy języki obce, takie jak, angielski, rosyjski, angielski i jeszcze kilka innych.
Mamy także wyższe studia ukończone, a mianowicie filologię rosyjską oraz politologię, czyli osobami jesteśmy mądrymi i pogadać z nami można.
Nie jesteśmy osobami niedojrzalymi, roztargnionymi i niezdecydowanymi, czego dowodem może być dla Państwa nasza oferta pracy.

Chcielibyśmy jeździć samochodem po Szczecinie i okolicach, palić w nim papierosy, pić napoje energetyczne oraz alkohole (pasażer) , rozmawiać o różnych tematach i patrzeć na ludzi.
Chcielibyśmy zarabiać na początku około 3 000 pln 'na rękę i na głowę' w okresie próbnym i około 5 000 pln 'na rękę i na głowę' po podpisaniu umowy na czas nieokreślony.
Jeśli wydaje się Państwu te wynagrodzenie zbyt wysokie to proszę się zaznajomić z naszymi innymi , pobocznymi obowiązkami, jakie byśmy wykonywali podczas naszej pracy.
Oto i one:
1) Jedzenie z barach mlecznych
2) Spacery urozmaicone papierosami wokół jezior szczecińskich
3) Wizyty w kinach (tylko dobre filmy)
4) Wyszydzanie z bezdomnych
5) Odwiedzanie ciekawych miejsc

Możemy także zabierać ze sobą wskazanych pasażerów zainteresowanych spędzeniem z nami wspólnego dnia co będzie traktowane jako aneks do umowy o pracę, lub jako umowa o dzieło - koszt 1000 za jednego pasażera (8 godzin).
Dodatkowo oczekujemy dziennej diety w wysokości 2 paczek papierosów 'na głowę', zwrotu kosztów benzyny, otwartych rachunków z pełnym zwrotem kosztów w barach mlecznych oraz innych wskazanych przez nas, kompleksach gastronomicznych, i prawa do wysokiej emerytury po minimum 5 latach pracy.

Mamy prawo jazdy, potrafimy palić papierosy i lubimy jedzenie w barach mlecznych - czyż nie jesteśmy Państwa idealnymi kandydatami?
Samochód posiadamy, chociaż wygodne auto służbowe mogło by się przydać.

Czekamy na zgłoszenia, które prosimy przesyłać do wydawcy Czarnego Parasola, na adres

wtorek, 15 stycznia 2008

Dobre strony śmiesznego swetra

Są.
Są dobre strony a właściwie skojarzenia.
Przypominam że mówię o tym:
Sweterek w czerwono zielone lub czerwono niebieskie paski nie musi od razu kojarzyć się z kolesiem o twarzy jak skwarek....

...ani z facetem udającym pszczołę przed amerykańskim supermarketem...
...ani postacią z taniej kreskówki...

Można być przecież także Ericiem Claptonem!


Ha!
Dość już głupich uśmieszków!
Dość drwin w sklepach i tramwajach!
Dość takich rysunków na mojej klatce schodowej.

Koniec z Panem Pszczółkiem i Freddym Twarzoskwarkiem.
Jest Eric!

niedziela, 13 stycznia 2008

Brątowąsik i Freddy i sweterek







Przez dwa lata, może więcej, wypytywałem się każdego czy pamięta starego, lekko włochatego stworka, który mieszkał w piachu, pod ziemią i zaprzyjaźnił się z kilkoma dzieciakami.
Nikt nie pamiętał i tylko mówiono mi : ty nie pal tego gówna.

Ale ja wiedziałem że to było.
I było czechosłowacką bajką.

I rzecz jasna Redaktor Ozga, robiący ostatnio także karierę kierowcy wyczynowego, mi pomógł.
Niechcący.
Po prostu powiedział Brątowąsik.
I to był Brątowąsik właśnie.
Ozga doskonale go pamięta.

Więc miałem rację.
Jest jeszcze problem z nazwą tego serialu bo jak bym ją znalazł to bym pewno fotkę wstawił ale że nie mam to tylko mówię : Brątowąsik.

Tę postać, lub tą postać, mało kto zna.
Jednak o drugiej postaci trudno było nie słyszeć.
A piszę o niej bo kupiłem sobie sweter.
Nie mam jego zdjęcia i nie dam bo kabla do aparatu nie mam, ale... mogę tylko powiedzieć że wyglądam w nim ponoć... no właśnie jak:
1) Truteń Zyzio bądź Pan Pszczółek.


2) Freddy Kruger.
I tu z ukłonem dla Złośliwej Z zdjęcie Freddiego, o którym mało słyszała i go nie kojarzy.


Tak więc morał jest taki (bo musi być) :
Jeśli idziesz do sklepu po sweter i nie możesz sobie nic znaleźć to nie poddawaj się i nie kupuj takiego swetra

...bo nazwą Cie nic nie robiącym (prócz dymania) , wciąż opierdalającym się owadem z dużą dupą i skłonnością do miodu lub psychopatycznym mordercą dzieci. Uwolnionym, z braku dowodów, przez sąd, który zostaje zlinczowany, spalony żywcem przez zdesperowanych mieszkańców miasteczka. Który po latach powraca, zakrada się do snów nastoletnich pociech swych zabójców i zabija w naprawdę fajny, i kiczowaty sposób.